…tylko czynnik.
Otworzył oczy. Pokiwał głową do siebie, wsunął nóż do kieszeni i wymknął się za drzwi.
Cicho wszedł do kuchni, z suszarki nad zlewem wziął ukradkiem łyżkę cedzakową. Podszedł do lodówki i nalał sobie szklankę mleka. Potem skierował się do wspólnego pokoju i począł krążyć między półkami z książkami, udając, że szuka czegoś do czytania. Mijając każdą kamerę, wyciągał rękę z łyżką w stronę obiektywu i stukał w soczewkę. Pozostawiwszy mleko i łyżkę na stole, poszedł do pokoiku strażników.
– Ty, popatrz na monitory – mruknął jeden z nich, próbując wyregulować obraz.
– Taa? – odezwał się drugi bez specjalnego zaciekawienia.
Jodie zbliżył się do pierwszego strażnika, który uniósł wzrok i zapytał:
– Wszystko w porząd…?
Dwa szybkie ruchy i obfita struga ciemnej krwi trysnęła ze starannie wykonanego cięcia w kształcie litery V na gardle. Partner strażnika wybałuszył oczy i sięgnął po broń, lecz Jodie wyszarpnął mu ją z ręki i wbił mu nóż najpierw w gardło, a potem w pierś. Mężczyzna padł na podłogę i dostał konwulsji. Głośna śmierć – tak jak Jodie się spodziewał. Ale nie mógł zadać strażnikowi więcej ciosów; potrzebował jego munduru, więc krwi musiało być jak najmniej.
Strażnik leżał na podłodze wstrząsany śmiertelnymi drgawkami i patrzył, jak Jodie zdejmuje zakrwawione ubranie. Jego oczy przesunęły się po ramieniu Jodiego i zatrzymały na tatuażu.
Jodie pochylił się, by rozebrać strażnika i dostrzegł jego spojrzenie.
– To „Danse macabre” – powiedział. – Widzisz? Śmierć tańczy ze swoją następną ofiarą. Z tyłu stoi już jej trumna. Podoba ci się?
Zapytał z prawdziwej ciekawości, choć nie spodziewał się odpowiedzi. I jej nie usłyszał.

* * *
- Kim jesteś ty, który przybrałeś wygląd mojego ojca? – Drizzt spytał, gdy duch – widmo pokonywał ostatnie kilka kroków.
Parsknięcie Zaknafeina nie dawało się zrozumieć, a jego odpowiedź nadeszła wyraźniej w zgrzycie ocierających się o siebie mieczy.
Drizzt sparował atak i odskoczył. – Kim jesteś? – zażądał ponownie. – Nie jesteś moim ojcem!
Na twarzy ducha – widma wykwitł szeroki uśmiech. – Nie – Zaknafein odpowiedział drżącym głosem, a odpowiedź pochodziła z przedsionka znajdującego się wiele kilometrów dalej.
- Jestem… twoją matką! – Miecze znów natarły w oślepiającym szale.
Zaskoczony Drizzt przyjął szarżę z równą dzikością, a liczne trafienia miecza w sejmitar zlały się w jeden brzęk.
* * *
Briza obserwowała każdy ruch swojej matki. Pot lał się Malice z brwi, a jej zaciśnięte pięści uderzały w poręcze kamiennego fotela, nawet gdy zaczęły krwawić. Malice miała nadzieję, że tak będzie, że ostateczna chwila jej triumfu zalśni wyraźnie w jej myślach mimo ogromnej odległości. Słyszała każde słowo Drizzta i niezwykle mocno odczuwała jego cierpienie. Nigdy wcześniej Malice nie czuła takiej przyjemności!
Następnie poczuła lekkie szarpnięcie, gdy świadomość Zaknafeina walczyła z jej kontrolą. Malice odepchnęła Zaknafeina na bok, wydając z siebie gardłowy warkot – jego ożywione ciało było jej zabawką!
* * *
Drizzt wiedział ponad wszelką wątpliwość, że to nie Zaknafein Do’Urden przed nim stał, jednak nie mógł zaprzeczyć wyjątkowemu stylowi walki jego dawnego mentora. Zaknafein był tam – i Drizzt musiał do niego dotrzeć, jeśli chciał uzyskać jakieś odpowiedzi.
Walka szybko nabrała wygodnego, wymierzonego rytmu, obydwaj przeciwnicy wykonywali ostrożne manewry ataku i uważali bacznie na swą pozycję na wąskim pomoście.

- Chodźmy – warknął. – Smród świata powierzchni wypełnia mi nozdrza błotem.
Odwrócił się na pięcie, roześmiał, podniósł leżącego na ziemi towarzysza i ruszył przed siebie.
- Nareszcie – wyszeptał Dinin, patrząc na napięte ruchy swego brata.
- Nareszcie dowiedziałeś się, co znaczy być drowem wojownikiem.
Dinin w swej ślepocie nigdy nie miał zrozumieć ironii, która zabrzmiała w jego własnych słowach.
* * *
- Czeka nas jeszcze jeden obowiązek, zanim wrócimy do domu – wyjaśniła kapłanka, kiedy grupa powróciła do jaskini. O drugim celu wyprawy wiedziała tylko ona. – Opiekunki Menzoberranzan nakazały nam ujrzeć najstraszliwszą rzecz w świecie powierzchni, byśmy mogli ostrzec naszych braci.
Braci? Pomyślał Drizzt sarkastycznie. O ile zdążył się zorientować, jego krewniacy widzieli już najstraszliwszą rzecz na powierzchni: samych siebie!
- Tam! – krzyknął Dinin, wskazując na wschodni horyzont. Krawędź grzbietów górskich została obramowana słabiutkim lśnieniem. Mieszkaniec powierzchni nawet by tego nie zauważył, ale mroczne elfy widziały to wyraźnie, i wszyscy, nawet Drizzt, wzdrygnęli się instynktownie.
- To piękne – powiedział Drizzt po chwili milczenia.
Dinin spojrzał na niego lodowato, ale jeszcze zimniejsze było spojrzenie kapłanki.
- Zdejmijcie płaszcze i wyposażenie, nawet zbroje – pouczyła grupę. – Szybko. Połóżcie je w cieniu w jaskini, by nie padło na nie światło słońca.
Kiedy wykonali zadanie, kapłanka wyprowadziła ich w coraz jaśniejsze światło.
- Patrzcie – rozkazała ponuro.